Roundup w bułkach?

Nie każdy zdaje sobie sprawę z tego jak dużo oprysków stosuje się dzisiaj do ochrony upraw.
Rozmaite pestycydy, herbicydy, środki ochrony przed rozmaitymi grzybami, nawozy sztuczne i choćby popularny „Roundup” (czyt. Randap), którym pryskane są uprawy tuż przed żniwami aby poprawić jakość i cenę plonów w skupie. Wszyscy chcielibyśmy wierzyć, że cała ta „chemia” nie ma wpływu na nasze zdrowie – jednak wzrost liczby chorych na raka i ilości uczuleń wśród dzieci skłania nas do zadawania pytań: Dlaczego tak się dzieje? Być może należałoby ograniczyć ilość środków chemicznych stosowanych przy uprawach, lub znaleźć inne rozwiązanie, pozwalające na uniknięcie katastrofy ekologicznej w przyszłości?

Wyścig zbrojeń.

Podstawowe kwestie prawne, dotyczące dozwolonych możliwości oraz zasad stosowania środków ochrony roślin, reguluje m. in. ustawa z dnia 8 marca 2013 r. o środkach ochrony roślin (Dz. U. 2013, poz. 455) z późniejszymi zmianami i regulacjami narzuconymi przez Unię Europejską. A rolnicy stosują chemię NIE dla przyjemności, a dlatego, że wyspecjalizowane szkodniki zniszczyły by uprawy doszczętnie, przez co uprawa nie byłaby rentowna. Wielkie, monokulturowe gospodarstwa (takie w których uprawia się tylko jeden rodzaj upraw) sprzyjają rozwojowi szkodników na wielką skalę. Duża ilość stosowanych oprysków sprawia, że szkodniki się coraz bardziej na nie uodparniają, co prowadzi do wprowadzania nowych rodzajów pestycydów. Wyścig zbrojeń trwa, jednak z całą pewnością nie tędy droga.

Karygodne pomysły.

Zdarzają się jednak przypadki, w których rolnicy nie respektując obowiązujących przepisów i zdrowego rozsądku przyczyniają się do degradacji środowiska w znacznie gorszy, karygodny sposób. Dzieje się tak gdy rolnicy stosują pestycydy w czasie oblotu pszczół lub wylewają pozostałość środków chemicznych do rowu przy polu. Zdarzają się również przypadki, gdy aby zaoszczędzić czas substancje te są ze sobą mieszane i rozpylane razem, podczas jednego przejazdu. Kończy się to pogromem wśród mieszkających na danym terenie zwierząt, chorobami pobliskich mieszkańców i długotrwałymi zmianami w lokalnej faunie i florze.

Sposób myślenia.

Ziemia niechętnie zmienia właściciela, a jednocześnie produkcja na niewielkim poletku nie jest opłacalna. Dlatego właściciele małych gospodarstw coraz częściej porzucają pracę na roli dzierżawiąc swoje hektary większym producentom. Niestety ludzka natura zbyt często skłania nas do traktowania ziemi na zasadzie – o swoje zadbam, a czyjeś wyeksploatuję do maksimum, póki jeszcze mogę tu urzędować. Dzierżawca nie dba o to czy za 50 lat na tym polu da się cokolwiek uprawić bo kto wie, czy akurat dzierżawy nie przejmie ktoś inny. Dlatego leje się chemię hektolitrami, nawozi azotem, mocznikiem i zbiera uprawy dwa razy do roku.

Co ma Bałtyk do wiatraka?

Jak długo nasze Żuławskie ziemie wytrzymają takie tempo? Jak długo będziemy przymykać oko na przenikające do wód gruntowych, spływające rowami i rzekami środki chemiczne trafiają do naszych kranów, mórz i oceanów? Bałtyk jest już niemal morzem całkowicie pozbawionym życia. Powodem są rozmaite glony, które na azotowej pożywce rozmnażają się kwitnąco. Zabierają one tlen potrzebny do życia innym organizmom. Sytuacja ta nie zmieni się przez najbliższe 30 lat nawet jeśli całkowicie zaprzestaniemy stosowania nawozów. Tak długo deszcze wypłukiwałyby to, co już się w tej ziemi znajduje.