Są ludzie na świecie, którzy wierzą w pamięć przedmiotów. Wierzą w to, że przedmiot, który jest dla nas ważny, przejmuje i magazynuje w sobie materię duchową i emocje, jakimi go obdarzamy. Jeśli to prawda, to klucze znajdujące się w Żuławskim Parku Historycznym muszą takiej materii posiadać całe mnóstwo. Jest to przedmiot, który dla właścicieli był na tyle ważnym symbolem, że przetrwał wojenną zawieruchę podróżując z rodziną Kollera z Tiegenhoffu, przez największą katastrofę morską w dziejach ludzkości do Niemiec, by w końcu wrócić do Nowego Dworu Gdańskiego. Znalazły swoje miejsce w Żuławskim Parku Historycznym i tam opowiadają swoją niezwykle ciekawą historię.

Gdy Käthe Kollera wraz z jej 13 letnim synem imieniem Heinrich zdecydowała się uciekać przed nacierającą Armią Czerwoną, nie spodziewała się, że już nigdy nie wróci do swojego domu, piekarni i kawiarni przy ulicy Schlosserstraße. Szybko więc spakowała najpotrzebniejsze rzeczy licząc, że zgodnie z obietnicą władz, wrogie wojska zostaną zatrzymane na linii Nogatu. Wychodząc, pani Korella starannie pozamykała wszystkie drzwi w swoim domu, piwnicy z winem i komórce na węgiel. Kółko z ośmioma kluczami schowała do skromnego bagażu i ruszyli w drogę. Młody wówczas Heinrich, który tuż po operacji migdałków cierpiał jeszcze z powodu gorączki ruszył wraz z matką przez 20-to stopniowy mróz w stronę Gdańska i Gdyni. Gdzie w porcie czekało na nich… jeszcze większe nieszczęście.

Hansa i Gustloff dostały rozkaz wzięcia na pokład jak największej liczby uchodźców. Jednak to na Gustlofie znajdowało się znacznie lepsze zaplecze medyczne – dlatego też, tam kierowano najwięcej uchodźców z dziećmi, często rozdzielając rodziny.

30 stycznia Wilhelm Gustloff opuszcza port w Gdyni, na jego pokładzie znajdowało się, jak szacują historycy, nawet 9 tysięcy ludzi. Uchodźców, rannych i załogi.
Szalały śnieżne zamiecie, meldowano o obecności kry na Bałtyku

Radziecki okręt podwodny S-13, dowodzony przez Aleksandra Marineskę, czekał cierpliwie. Opuściwszy port w Finlandii patrolował wybrzeże od Kłajpedy w kierunku Ławicy Słupskiej. O godzinie 20:00 spostrzegł światła nawigacyjne Wilhelma Gustloffa, włączone mimo protestów części oficerów, aby uniknąć kolizji z konwojem trałowców. Około godziny 21 wystrzelono 4 torpedy, trzy uderzyły w statek, jedna uwięzła w wyrzutni. Na Gustloffie rozpętało się piekło.
W osuszonym okrętowym basenie zakwaterowano część przebywających na statku kobiet. Wybuch torpedy rozrzucił fragmenty ceramiki dotkliwie raniąc wielu przebywających na tym położonym 7 metrów pod linią wody pokładzie, zgasły wszystkie światła. Zatrzasnęły się automatyczne grodzie, więżąc m. in. część przeszkolonej do ewakuowania okrętu załogi – z tego powodu nie zwodowano znacznej części szalup ratunkowych.

Czytając relacje z okrętów prowadzących działania ratunkowe nie sposób pohamować emocji. Czytamy o dzieciach pospiesznie wyrzucanych za burtę w niedopasowanych kamizelkch ratunkowych, przez co pływały nogami do góry, o niemowlęciu znalezionym na jednej z tratw ratunkowych, szczelnie owiniętym kocem, wciśniętym między zwłoki. O krążących i atakujących ubotach radzieckich, które uniemożliwiały podpłynięcie dużym jednostkom.

Uratowano nieco ponad 1200 osób. Tej nocy w wodach Bałtyku zginęło 0d 6 do 9 tysięcy ludzi, czyniąc tą katastrofę jedną z największych w dziejach świata, z liczbą ofiar sześciokrotnie większą od katastrofy Titanica.

Jednak nasi bohaterowie ocaleli z katastrofy. Okręt, który ich wyłowił, odstawił matkę z dzieckiem do Kołobrzegu, skąd z dużymi trudnościami, bo bez dokumentów, ruszyli na wojenną tułaczkę.

Dużo czasu zajęło współczesnym mieszkańcom Żuław Wiślanych zaakceptować fakt, że odziedziczyliśmy te ziemie po mniej lub bardziej niemiecko – języcznych żuławiakach. Coraz częściej dostrzegamy, że choć mówili w innym języku, to jednak dzięki nim możemy oglądać żuławskie podcienie, zagospodarowanie rzek, kanałów, rozwój rolnictwa i wiele innych żuławskich smaczków. A byli to tacy sami ludzie jak my, ze swoimi lękami i nadziejami. A zdecydowana większość z nich chciała jedynie spokojnego życia dla siebie i swoich bliskich.